Święta w kinie hiszpańskim

Święta w Hollywood i na kanale Hallmark to bardzo płodny okres. Gdybym chciała pewnie mogłabym cały miesiąc oglądać amerykańskie produkcje świąteczne, a i tak nie dałabym rady zobaczyć wszystkiego (i w połowie zupełnie bym zwariowała z przedawkowania powtarzających się motywów fabularnych). A jak to wygląda w Hiszpanii? 

Tutaj wielkich przebojów jest może trzy czy może cztery sztuki, przy czym jedna opowiada o szukaniu antychrysta. Oczywiście uparta osoba znalazłaby więcej produkcji około-świątecznych, ale nie mam serca nawet siadać do niektórych z nich. Zaczynamy z przytupem, bo od największych klasyków; każdy z tych filmów zasługuje na osobny wpis. Dzisiaj streszczę je wam w jednej w pigułce co by Was zachęcić do oglądania. 

… każdy z tych filmów zasługuje na osobny wpis. Dzisiaj streszczę je wam w jednej w pigułce co by Was zachęcić do oglądania. 

Plácido (1961) to według niektórych najlepszy film Luisa Berlangi. Czarna komedia, pierwszy owoc współpracy reżysera ze znakomitym scenarzystą Azcona. Tytułowy bohater (grany przez Cassena) próbuje wiązać koniec z końcem jeżdżąc swoim trójkołowcem dostawczym dla organizacji charytatywnej, która to organizuje aukcję, na której bogaci ludzie wykupują kolacje wigilijną z (mało znanymi) aktorkami i przy okazji przygarniają do stołu biedaka (do wyboru z przytułku albo z ulicy). Jak zawsze przy organizacji tak dużego wydarzenia, pojawia się mnóstwo nieprzewidzianych trudności. Sam Placido nie ma łatwo: albo zapłaci dzisiaj ratę za swoją brykę, albo ją straci, a w kieszeni, własnej i krewnych, puchy. 

Komedia zwariowana, gdzie widz nie ma pojęcia co jeszcze się wydarzy i gdzie to się wszystko skończy. Bohater próbując załatwić swoją sprawę poznaje coraz bardziej niegodziwych ludzi. Dzięki temu film ma mnóstwo wyrazistych postaci drugoplanowych, granych przez świetnych aktorów, którzy nawet jeśli pojawiają się tylko na chwilę, to od razu zapadają w pamięć. Reżyser śmieje się zarówno z konwencji społecznych (na tyle na ile pozwolili mu cenzorzy) małomiasteczkowej burżuazji jak i obnaża dość przytłaczający obraz społeczeństwa hiszpańskiego. 

La gran familia (1962) to drugi klasyk, który chyba każdy Hiszpan kojarzy. „Bohaterem” jest pewna niezamożna rodzina, składająca się z rodziców, piętnastki dzieci i jednego dziadka (którego po zachowaniu możemy spokojnie liczyć jako kolejne dziecko). Choć rodzinie się nie przelewa (utrzymują się tylko z pracy ojca, Carlosa) film w swojej wymowie jest znacznie bardziej pogodny i „w duchu świąt” niż poprzednia pozycja, głównie za sprawą rodziców, którzy promieniują optymizmem i dobrym humorem w prawie każdej sytuacji. Film zaliczany jest do klasyki świątecznej, ale święta to tylko jeden (choć bardzo ważny) element filmu. Będzie trochę o pracy (i zarabianiu), o egzaminach szkolnych i o wczasach nad morzem.

Jeśli szukacie idealnego filmu na po obiedzie świątecznym i znudził Wam się Kevin, to jak najbardziej La gran familia jest dobrym wyborem. Dodatkowo wbrew pozorom film dość dobrze pokazuje życie hiszpańskiej klasy średniej w tamtym okresie. Jasne, gromadka dzieci czy wiele z perypetii rodziny, których jedynym celem jest bawić widza, odstają od normy, a mimo to reżyserowi udało się przemycić całkiem sporo realizmu.

W obu filmach usłyszycie jak bohaterowie pozdrawiają się ¡Felices Pascuas!, a nie znanym wszystkim z piosenki Feliz Navidad czy popularnym ostatnio Felices Fiestas. Zanim zaczniecie wołać, że Pascua to przecież po hiszpańsku Wielkanoc, warto pamiętać, że pełna nazwa Boże Narodzenia to nie Navidad, tylko właśnie Pascua(s) de Navidad (zresztą Zielone Świątki to też Pascua de Pentecostés). W Hiszpanii zazwyczaj używa się pozdrowienia Felices Pascuas tylko na Boże Narodzenie, choć może powinnam powiedzieć używało się, bo popularność tego zwrotu znacznie spadła. 

Kolejny klasyk, trochę młodszy od swoich poprzedników to El día de la bestia (1995). Pozycja nietypowa jak na film bożonarodzeniowy, jednak nie da się powiedzieć, że nim nie jest. W Wigilię naszych trzech bohaterów, niczym trzej królowie przemierza Madryt w poszukiwaniu nowo narodzonego Antychrysta. Przewodzi im ksiądz, profesor teologii, a pomagają mu satanista/metalowiec i telewizyjny wróżbita.  Razem zrobią wszystko, aby przywołać szatana, aby ten wskazał im dokładne miejsce narodzin swojego syna. 

Niesamowity film, pełen symboliki, czarnego humoru i przemocy, a wszystko rozgrywa się w bardzo charakterystycznych miejscach Madrytu, jak np. neon Schweppes z Gran Via, plac Callao,  czy pomnik upadłego anioła z parku Retiro. A wszystko spod ręki Alexa de la Iglesia, tego samego reżysera od którego dostaliśmy np. moją ulubioną La Comunidad (Wspólnota) czy El Bar, Las Brujas de Zugarramurdi (Witching & Bitching) czy Balada triste de trompeta (Hiszpański Cyrk). 

Czas na BONUS! Klasyki świątecznego kina hiszpańskiego mamy już za sobą, teraz przyszła kolej na te inne okolicznościowe produkcje. Ta sekcja w miarę oglądania kolejnych filmów będzie się rozrastać.

Felices Pascuas (1954), film, który zaczyna się 22 grudnia, od losowania Lotería de Navidad (które to losowanie odbywa się co roku tego samego dnia, i w którym udział bierze spora część hiszpańskiego społeczeństwa). To właśnie naszego bohatera, Carlosa, pracującego u męskiego fryzjera, toca el gordo, czyli wygrywa pokaźną kwotę pieniędzy, a przynajmniej tak mu się wydaje. Nie zdradzając za dużo z fabuły (której i tak sporo nie ma), Carlos wraz z młodą żoną i dwójką dzieci ląduje z małym jagnięciem.

Przyznam szczerze, że jest to dość dziwny film. Z jednej strony niezbyt poważna komedia obyczajowa, pełna nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, jednak z drugiej strony jest tam wiele dość posępnych scen, które nie tylko dość mocno kontrastują z resztą filmu, ale także z naszymi oczekiwaniami co do filmu utrzymanego w takim, a nie innym tonie. Dodatkowo w drugiej połowie filmu można się na upartego doszukiwać komentarzy politycznych i religijnych, choć tu zdania są podzielone wśród krytyków. Na tle innych filmów Juana Antonio Bardema (autora m.in. świetnego Muerte de un ciclista, a przy okazji wujka Javiera Bardema) jest to chyba jego najmniej osobisty film, ale też i jeden z mniej cenionych.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s