Filmowo, mało Oscarowo

Styczeń i luty (a w sumie to już i grudzień) w kinach to Oscarowa gorączka. W tym roku nawet można było chyba wszystkie filmy nominowane do tej głównej kategorii obejrzeć (albo przynajmniej te najbardziej promowane). Jak z tej gorączki wyszłam? Myślę, że obronną ręką. Z nominowanych obejrzałam cały jeden i to tylko dlatego, że reżyserował Włoch i akcja dzieje się we Włoszech, a jak pewnie wiecie mam lekkiego fioła na punkcie włoskich filmów. Z drugiej strony po wielu miesiącach znów zaczęłam chodzić w miarę regularnie do kina. Zaraz, zaraz, to na co ja tak chodziłam?

books

Zacznijmy od Call Me By Your Name (2017), nostalgiczny film o letniej miłości podczas wakacji we Włoszech. Reżyser, Luca Guadagnino (A Bigger Splash, Io sono l’amore) śmieje się, że znowu zrobił film o zamożnych obcokrajowcach we Włoszech, kierujących się głównie namiętnością i pożądaniem. Cóż, trudno nie przyznać mu racji. Tym razem historia bazuje na książce o tym samym tytule autorstwa André Acimana i opowiada o miłości dwóch chłopaków, syna profesora i tymczasowego asystenta tegoż profesora. W rolach głównych Timothée Chalamet i Armie Hammer, a w roli profesora Michael Stuhlbarg (aktor, który pojawił się w aż trzech z nominowanych filmów).

Samego filmu pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać. Nostalgiczne spojrzenie na Włochy lat 80. i miłość w sielskiej posiadłości zblazowanych intelektualistów. Mnie film urzekł i zafascynował i lżej było po nim wracać w śnieżną zawieruchę do domu niż po takim np. The Square.

hikari

Drugi film, na który poszliśmy to japoński (czyt. Hikari), u nas Blask, w reżyserii Naomi Kawase (Kwiat wiśni i czerwona fasola).  Historia pewnej młodej japonki przygotowującej audiodeskrypcję bardzo artystycznego i ambitnego filmu dla osób niewidomych. Przed premierą mają miejsce spotkania, na których wybrana grupa niewidomych komentuje wyniki pracy Misako (Ayame Misaki). Wśród nich znajduje się niejaki pan Nakamori (Masatoshi Nagase), częściowo niewidomy fotograf, który nie będzie słodził, tylko powie prosto z mostu co myśli o jej pracy. A choć wydaje się, że dziewczyna stara się jak może, to wciąż jest między nią i ludźmi dla których to robi olbrzymia bariera, której nie potrafi przeskoczyć.

Blask to z jednej strony bardzo ładny wizualnie i spokojny film o samotnych ludziach, a z drugiej próba przybliżenia widzowi jak postrzegają świat osoby niewidome. Jest tu też miejsce na wątek miłosny, ale jest on poprowadzony w bardzo japoński sposób. Co przez to rozumiem? Uf, to chyba temat na osobny wpis, bo składa się na to wiele elementów.  To jeden z tych filmów, gdzie widz w trakcie seansu wcale nie musi spodziewać się happy endu, bo cały czas reżyser pokazuje nam, że to ani takie proste być z kimś czy kogoś kochać.

the place.jpg

Następny film (obejrzany dosłownie dnia następnego) to dość specyficzny thriller, którego akcja nie wychodzi poza jedną kawiarnię nazwaną The Place. Taki jest też tytuł filmu, najnowszego dzieła Paolo Genovese (Perfetti sconosciuti/Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie). Na ekranie znów zobaczymy wspaniałą Albę Rohrwacher i Marca Giallini, w towarzystwie m.in. Sabriny Ferilli. Główna rola przypadła Valerio Mastandrea, który tym razem zrobił na mnie piorunujące wrażenie.

Facet siedzi sobie z grubym notatnikiem przy ostatnim stoliku w kawiarni, często coś jedząc lub pijąc. Co i rusz przychodzą do niego ludzie, którzy pragną czegoś, co w pierwszej chwili wydawałoby się niemożliwe. W zamian za spełnienie życzenia, dostają zadanie do wykonania. Za każdym razem jest to zadanie, które dla każdego z nich będzie osobiście trudne. Skonstruować bombę i zabić konkretną liczbę ludzi, pobić niewinnego człowieka, doprowadzić do rozejścia się małżeństwa sąsiadów, zajść w ciążę (to zadanie  dla zakonnicy, która znów chce poczuć obecność Boga). Z czasem historie poszczególnych petentów i ich zadania zaczynają się ze sobą krzyżować, a widz zastanawia się kim ten człowiek z notesem tak naprawdę jest? Lalkarzem czy może kolejną marionetką? Trzyma w napięciu, choć kamera nie rusza się z kawiarni, ewentualnie pokazując ją z zewnątrz.

miód dla dakini.jpg

Kolejna wycieczka do kina to był trochę wyścig z czasem. Wiedziałam, że film chcę koniecznie zobaczyć, pytanie tylko jak, skoro żaden seans akurat mi nie pasował. Koniec końców poznałam nowe cudowne kino (tylko ode mnie trochę daleko) i obejrzałam film, który mnie zafascynował i który chętnie obejrzałabym jeszcze raz. W kinie. Jeśli mi się uda, będzie to drugi przypadek w historii mojego życia, żebym dwa razy poszła na ten sam film. Czy mówimy tu arcydziele kinematografii?  Obawiam się, że nie, ale debiut reżyserski Bhutanki Dechen Roder Miód dla Dakini to film na który warto zwrócić uwagę. Gatunkowo mamy do czynienia z kinem noir, tylko zamiast miejskiej dżungli mamy prawdziwą zieloną dżunglę i sporo filozofii buddyjskiej. Główna bohaterka mniszką nie jest, ale żyje przy klasztorze mniszek w małej wiosce. Jest podejrzana (bohaterka, nie wioska) o zabicie klasztornej przeoryszy. Dziewczyna ucieka, mniszki akurat udały się na pielgrzymkę do Nepalu, a mieszkańcy wioski wykazują otwartą niechęć do niej podczas przesłuchań policji.

W trakcie filmu usłyszymy historie/przypowieści o wielu dakiniach, buddyjskich kobietach oświeconych, które często spotykały się z odrzuceniem ze strony społeczeństwa. Większość będzie się zazębiać z fabułą, a na końcu widz będzie musiał sam zdecydować, czy bohaterka jest czy może jednak nie jest dakinią. Dawno już nie wpatrywałam się w ekran tak zafascynowana.

moglie e marito.jpg

Ostatni już film obejrzany w tym lutowym maratonie kinowym to włoska komedia (tak, znowu Włochy). Tym razem na ekranie Kasia Smutniak i Pierfrancesco Favino to małżeństwo lecące na łeb na szyję w stronę rozwodu, kiedy nagle genialny wynalazek męża w wyniku błędu podmienia im świadomości. Moglie e marito, reżyserski debiut Simone Godano fabularnie może i prezentuje się mało nowatorsko, ale za to aktorzy, a szczególnie Kasia Smutniak, dają popis swoich umiejętności. Chciałabym skrytykować ten film za różne stereotypy do jakich się odnosi, jednak robi to z taką gracją, że widz zamiast analizować dobrze się bawi.

To jest film co do którego byłam najmniej przekonana idąc do kina. Gdyby nie włoski bzik i energia drugiej strony pewnie bym go sobie odpuściła. Bo nakręcić dobrą komedię o problemach małżeńskich, dyskryminacji kobiet i zamianie ról wcale nie jest tak łatwo, zwłaszcza, że większość z tych elementów jest już dość mocno eksploatowana w kinie rozrywkowym.

 

Jak widzicie można było latać w lutym co chwila do kina i nie mieć czasu na zawracanie sobie głowy Oscarowymi nominacjami.  Jeśli traktowałabym blogowanie trochę poważniej to pewnie byłoby odwrotnie, nie miałabym czasu na te wszystkie, jakże przyjemne filmy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s