The Essex Serpent, Sarah Perry

WP_20170531_11_35_45_ProCzasem jest tak, że robimy coś impulsywnie, np. kupujemy książkę tylko dlatego, że podoba nam się okładka. Z opisu, nie wyróżnia się za bardzo, jakieś nagrody zgarnęła (nie linczujcie, nie przyjrzałam się: The British Book Award, książka roku), do innych była tylko nominowana. Prawda jest taka, że to okładka przykuła moją uwagę, zahipnotyzowała mnie i spowodowała, że tego samego dnia zdecydowałam się na kupno przez bookdepository (zwłaszcza, że akurat było w przecenie). Zakupu nie żałuję, bo książka okazała się wciągająca.

Akcja rozgrywa się w ostatniej dekadzie XIX wieku. O epoce wiktoriańskiej każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie (szczególnie przy okazji niezwykle popularnego serialu o samej królowej), mnie nie wykluczając. To jak ją opisuje Sarah Perry bardzo odbiega od tego jak sobie tamtą Anglię wyobrażałam. Już od pierwszych stron widać, że autorka zadała sobie trud sprawdzenia jak wyglądało codzienne życie w tamtych czasach. Jakie nowinki się pojawiały, czym żyli ludzie, jakie bolączki dotykały najbiedniejszych. Zresztą, w posłowiu wymienia wszystkie książki, które pomogły jej w stworzeniu świata.

Sama historia skupia się na Corze Seaborne, młodej dopiero-co wdowie, przyrodniku – amatorce, zafascynowanej teoriami Darwina do tego stopnia, że sama zabiera się za szukanie skamielin. W tym celu wraz z trudnym synem i jego (a w sumie ich) opiekunką Marthą przeprowadzają się na jakiś czas do, wydawałoby się najnudniejszego na świecie, Essex. Jednak „najnudniejsze na świecie Essex”, jakby na przekór akurat huczy od pogłosek jakoby mityczna bestia, sławny Essex Serpent znów się pojawiła w parę lat po wielkim trzęsieniu ziemi.

W małej mieścinie zwanej Aldwinter poznają protestanckiego pastora Willa, dla którego te pogłoski to bujda mieszająca ludziom w głowie. Zamiast nazywać go wężem, o wszystkim mówi Trouble. Jest jeszcze jego przeurocza, choć co chwila zanosząca się kaszlem, żona Stella i trójka dzieci. Choć reprezentują dwa różne światy, między tymi dwiema rodzinami szybko nawiąże się szczególna więź .

Przez długi czas zastanawiałam się czy mam do czynienia z romansidłem, czy może jednak powieścią grozy. Myślę jednak, że najodpowiedniejszą kategorią jest tu jednak powieść historyczna. Bardziej niż sam związek Cory i pastora, sugerowany już w opisie z tyłu okładki, zaciekawiły mnie relacje reszty bohaterów. Mamy tu nie tylko jeszcze całkiem świeże wtedy zderzenie dwóch światopoglądów: „bezpiecznej” i „znanej” wiary w kreacjonizm i wywrotowej idei ewolucji. Na życie bohaterów wielki wpływ mają też poglądy Marksa i rozwijające się idee socjalizmu (Martha, żyjąca z Corą i jej synem, to kobieta walcząca o lepsze warunki mieszkaniowe dla biedniejszych mieszkańców Londynu i o poprawę sytuacji kobiet w społeczeństwie). Przy okazji możemy zobaczyć kulisy wielkiego kryzysu mieszkaniowego w Londynie z tamtego okresu.

Dzięki bohaterowi o przezwisku Imp (diabełek, ze względu na jego niezbyt szlachetną budowę ciała), będącego mało poważanym w konserwatywnym społeczeństwie szalenie utalentowanym chirurgiem, stajemy się świadkiem pierwszej udanej operacji na otwartym sercu. Poznajemy też kolejne zderzenie dawnego – bezpiecznego, z nowym – nieznanym: gdyby nie znajomości bohatera i przychylność dwójki pracowników szpitala, nigdy nie byłoby mu dane nawet spróbować.

To co w książce wyszło najsłabiej to, jak już wspomniałam, główny wątek romantyczny między Corą i Willem. Rozwija się powoli, głównie drogą listową (choć przez sporą część książki mieszkają w tej samej wiosce). Mam wrażenie też, że średnio udało się autorce oddać nastrój grozy i przerażenia panujący w wiosce, ale to może ja tylko pozostałam na to niewzruszona. Za to dużo wnoszą sami bohaterowie, nikt nie pozostaje bez skazy, i każdy musi się borykać z własnymi problemami i tragediami.

Dla przykładu – sama główna bohaterka (choć trzeba przyznać, że autorka wcale nie poświęca jej tak znowu dużo uwagi, zostawiając mnóstwo miejsca dla innych postaci): z opisu z okładki dowiadujemy się, tylko, że po śmierci męża wchodzi w nowe życie z taką samą dozą ulgi jak i smutku. Zanim się pobrali Michael, jej mąż, oświadczył jej, że wypełni jej rany złotem („I will fill your wounds with gold”) odwołując się do japońskiej praktyki wypełniania złotem uszczerbków w czarkach. To czego nastoletnia dziewczyna się nie spodziewała, to to że Michael nie tylko obiecał jej dostatnie życie, ale też przyznał sobie prawo do fizycznego znęcania się nad nią.

Pozycja ma w sobie coś w bardzo brytyjskiego. Może chodzi o panującą tam pogodę, a może o postawę aby nie brać siebie zbyt poważnie. Sami bohaterowie są traktowani przez autorkę z dużą dozą pobłażliwości i wyrozumiałości. Wartka, wielowątkowa akcja: nie raz jednym rozdziale odwiedzamy każdego ze znaczących bohaterów i dowiadujemy się co u niego. Wszystko przeplecione krótkimi listami i podzielone na miesiące. Czasem tylko dziwi, że tak niewiele się wydarzyło i nagle już jest maj.

Na koniec zostawiam Was z moim ulubionym cytatem z książki. Jesteśmy w Essex, Cora właśnie poznaje zbierającego datki kalekę przy ruinach tego co kiedyś było jego domem i na dzień dobry powiedziała coś zupełnie bez sensu. A oto komentarz narratora:

Cora and the cripple both examined this statement for logic, and finding none let it pass. 

1095.jpg
Rycina nie pochodzi z książki, ale bohaterowie nie raz się do niej odwołują. Wklejona za guardian.co.uk
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s