Óperas primas (debiuty reżyserskie): María Fernandez „La Jerezana” (1946); A tiro limpio (1963); La buena vida (1996)

Kolejnym cyklem tygodniowym Rtve.es są (a w sumie były) debiuty reżyserskie (óperas primas) uznanych twórców hiszpańskich. I znów z pięciu filmów udało mi się zobaczyć trzy, co przy natłoku zajęć uważam za osiągnięcie i wyczyn (chyba nie do powtórzenia z filmami z tego tygodnia: Reflejo del momento – odbicie momentu, ukazanie rzeczywistości epoki, w której były kręcone). Wpis niestety piszę w tydzień od obejrzenia niektórych z filmów, więc wrażenia nie najświeższe i pewnie część z refleksji dawno już zapomniana.

mar_a_fernanda_la_jerezana-797102855-large

María Fernanda „La Jerezana” (1946), reż. Enrique Herreros

Jeśli nic wam nie mówi nazwisko Enrique Herreros, to znaczy, że nie wychowaliście się w Hiszpanii. Satyryk, malarz i rysownik, publicysta, reżyser (dwóch filmów), a czasem też i aktor. Związany z satyrycznym czasopismem La Codorniz.

Sam film to mieszanka wybuchowa: tajemnicza zbrodnia, dawna historia miłosna z elementami melodramatu i folklor andaluzyjski w postaci śpiewaczki coplas (typ pieśni folklorystycznej). Innymi słowy hiszpański Sherlock Holmes na tropie zbrodni, o której widz wie, że została popełniona, ale policja może liczyć tylko na łut szczęścia.

W mieszkaniu, a raczej pokoju do wynajęcia znalezione zostaje ciało zidentyfikowane jako María Fernandez (Nati Mistral). Początkowo komisarz (José Prada) nie ma żadnych dowodów aby przypuszczać morderstwo, oprócz intuicji. Dopiero przypadkowo zauważony ozdobny grzebyk, identyczny ze znalezionym w rzeczach denatki, naprowadzi go na trop jej bogatego ukochanego (José Jaspe) i rzuci trochę światła na jej postać.

9920_06

Film przemyślany w każdym detalu i jak na tamte lata nietypowy i odważny. Narracja jak z kronik policyjnych zapisanych przez Doyle’a, sporo humoru i posępności, ujęcia jak z impresjonizmu niemieckiego, a do tego tańce i śpiewy andaluzyjskie (które pewnie jednym się spodobają, a dla innych będą słabszym elementem filmu, choć wykonane bardzo dobrze). Dodatkowo można zobaczyć debiut aktorski Nati Mistral, która wystąpiła w nie tak znowu wielu filmach, poświęcając swoją karierę teatrowi. Kto by pomyślał, że kino hiszpańskie z lat 40. może tak oczarować?

a_tiro_limpio-940539993-large

A tiro limpio (1963), reż. Francisco Pérez-Dolz

Kino policyjne z Barcelony (el cine policiaco barcelonés), debiut katalońskiego reżysera, który nakręcił tylko dwa filmy (oba w tym samym roku). Kolejne zaskoczenie, a już myślałam, że filmy hiszpańskie już mi się na dobre opatrzyły.

Historia grupy czterech niezbyt zamożnych mężczyzn, którzy postanawiają się wzbogacić napadając na instytucje finansowe i hiszpański odpowiednik totolotka. Główny bohater, Ramón (José Suárez) może i nie jest zły do szpiku kości, ale już szef paczki, Martín (Luis Peña), do przyjemniaczków nie należy. Do tego dochodzi jeszcze dwójka pomocników: przyjaciel Ramona, El Picas (Carlos Otero) ze schowaną bronią i przeszłością kryminalną, oraz człowiek Martina, francuz, z którym pewnie łączy go coś więcej, Antoine (Joaquín Navales).

Planowanie, napady, przesłuchania policyjne świadków, strzelaniny… to tylko niektóre z elementów, wpisujące się w gatunek filmów policyjnych. Znajdziemy tu prawie, że dokumentalne zdjęcia ulicy (w tym widok z góry), metra czy portu w Barcelonie, co tylko dodaje autentyczności filmowi. Widać też wyraźne wpływy kina noir, szczególnie w atmosferze i estetyce: pełny plan dla przegranych postaci drugoplanowych, użycie światłocieni, obecność femme fatal (narzeczona/dziewczyna Ramona, grana przez Maríę Asquerino).

vg54x4

Miał być film polityczny, jednak twórcy szybko zdali sobie sprawę, że to przez cenzurę nie przejdzie (w końcu sam początek lat 60.), więc większość odniesień politycznych została usunięta, za wyjątkiem sceny, gdzie Ramón próbuje przekazać ojcu pieniądze z napadu, mówiąc, że Martín jest jednym z nich (es uno de los tuyos), w domyśle z tych z lewa.

W 1998 wyszła nowa wersja filmu, w reżyserii  Jesusa Mory. Korzystając z braku cenzury zmienili oni trochę scenariusz, przy okazji przenosząc akcję w lata dziewięćdziesiąte. Jeśli Rtve postanoi go kiedyś puścić to bardzo chętnie też go obejrzę, bo oryginał spodobał mi się bardzo.

la-buena-vida

La buena vida (Dobre życie, 1996), reż. David Trueba

Ostatni obejrzany przeze mnie film z tej serii to debiut Davida Trueby (nie mylić z Fernando Trueba, zwycięzcą Oscara za Belle Epoque, którego debiut niestety przegapiłam). Reżyser znany z takich filmów jak adaptacja Soldados de Salamina, Vivir es fácil con los ojos cerrados, czy Madrid 1987. Ciekawa jestem jego projektu z Jorge Sanz, ¿Qué fue de Jorge Sanz? ale pewnie nie uda mi się do tego za szybko dotrzeć.

Film o dorastaniu jakich mało, obejrzany bo zauważyłam, że „ups, za godzinę zniknie”, to może jednak dam mu szansę.

Rodzice  Tristana bardzo kochają swojego syna, choć sami może nie są najszczęśliwsi. Chodzi o Paryż do którego mieli pojechać jeszcze w podróż poślubną, ale nie wyszło. Za to wpoili fascynację tym miejscem swojemu synowi, którego nawet posłali do francuskiej szkoły. Tristán (Fernando Ramallo) ma lat 15, zapędy pisarskie, lubi poważną literaturę i wraz z przyjaciółmi przygotowują przedstawienie na zakończenie roku. Chciałby już stracić dziewictwo i wydaje się, że okazja nadarzy się już niedługo, bo rodzice wreszcie jadą na tydzień do wymarzonego Paryża. Tylko, że wtedy przychodzi zła wiadomość, obydwoje zginęli w wypadku samochodowym. Tristán zostaje sam z dziwacznym dziadkiem (Luis Cuenca, za tę rolę dostał nagrodę Goya), którym musi się zająć.

buena-vida-1996-01-g.jpg

Chłopak poznaje co to samotność, choć cały czas otoczony jest przyjaznymi ludźmi, powoli dorasta, dowiaduje się historii o swojej rodzinie, o których ani wcześniej nie miał pojęcia, ani go zbytnio nie interesowało dopytać, przeżywa swoją pierwszą miłość do kuzynki ( Lucía Jiménez). Film z jednej strony ironiczny, a z drugiej druzgocący. Brak rodziny jest tu brakiem schronienia.

Zdziwiło mnie i zaciekawiło bardzo odniesienie do wojny domowej, o której (tak samo jak i o dyktaturze) raczej się nie wspomina, chyba, że film akurat o tym opowiada (a tych jest nawet sporo). Tutaj o dziadku początkowo dowiadujemy się, że w wojnie praktycznie nie brał udziału bo na samym początku dostał kulkę. Później wyjdzie na jaw, że specjalnie sam się postrzelił.

***

Z nieobejrzanych zostały Opera Prima Fernando Trueba i El love feroz José Luisa García Sánchez. Teraz trochę żałuję, że je przegapiłam, ale co zrobić, musiałabym codziennie oglądać jeden film hiszpański, i jeszcze pewnie wypadałoby o nich pisać jakoś tak na czas, abyście sami zdążyli je obejrzeć. Z tych trzech każdy warto było obejrzeć. La buena vida chyba nawet leciała u nas kiedyś w telewizji, bo zdecydowanie kojarzyłam wcześniej jedną scenę z filmu. Jak teraz znaleźć czas na kolejne filmy?

Reklamy

One thought on “Óperas primas (debiuty reżyserskie): María Fernandez „La Jerezana” (1946); A tiro limpio (1963); La buena vida (1996)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s