Los girasoles ciegos (2008)

Widzę Rafaela Azconę i José Luisa Cuerdę (Amanece que no es poco) jako scenarzystów i od razu przyjmuję za pewnik, że to komedia. A to zdecydowanie nie tędy droga. Obaj panowie popełnili bardzo dobre dramaty. Los girasoles ciegos (Ślepe słoneczniki) to może nie najlepszy film 2008 roku, ale ciekawa produkcja i próba pokazania życia w powojennej Hiszpanii, a dokładniej w dość prawicowej Galicji (Orense) w 1940 roku. W obsadzie mamy między innymi Maribel Verdú (Y tu mamá también, Felices 140), Javier Cámara (Los amantes pasajeros, Habla con ella, Que se mueran los feos, ten ostatni może i nie najlepszy jego film, ale pierwszy w którym go widziałam i przyjemna komedia) i Raúl Arévalo (La isla mínimaTambién la lluvia, Primos).

los-girasoles-ciegos_12

Życie Eleny (Maribel Verdú) jest  podzielone na dwa: w mieście uchodzi za prawie wdowę, samotną matkę, której mąż, poeta-komunista, a dawniej nauczyciel, o poglądach pro-republikańskich zaginął w trakcie wojny. W domu, przy zamkniętych okiennicach Ricardo (Javier Cámara), jej mąż, wychodzi z pokoju-kryjówki za ścianą. Jej ciężarna córka ucieka ze swoim chłopakiem, ściganym przez frankistowską policję, w stronę granicy z Portugalią by potem wyruszyć do Ameryki. Tak więc oficjalne życie prowadzą tylko ona i jej syn Lorenzo, który uczęszcza do katolickiej szkoły prowadzonej przez księży. Odprowadzając syna do szkoły, wpada tam w oko młodemu diakonowi o imieniu Salvador (Raúl Arévalo), który ma problem z dojściem do siebie po wojnie (uczestniczył z woli przełożonego jako żołnierz, oczywiście po stronie frankistowskiej).

Historia jest na podstawie wielokrotnie nagradzanej książki Alberto Méndeza o tym samym tytule. Sama książka to zbiór czterech opowiadań dziejących się w trakcie Wojny Domowej. Ostatnie z nich to właśnie Los girasoles ciegos (wciąż nie ma jeszcze tłumaczenia polskiego, ale jest angielskie). Sam autor, pochodzi z Madrytu, gdzie też studiował i pracował, więc ciekawe, że wybrał Galicję jako miejsce gdzie rozegra się dramat.

los girasoles ciegos clase.jpg

Opowiadania jeszcze nie czytałam, ale widać wyraźnie, że historia ma dużo większy potencjał właśnie jako forma krótka. Film choć ciekawy, to czegoś mu jednak zabrakło. Cały czarny humor scenariusza zostaje przyćmiony dramatycznymi wydarzeniami, które zaraz następują. Nakręcone dużo wcześniej, ale dziejące się tylko dwa lata wcześniej Ay, Carmela posiada bardzo wyważoną mieszankę humoru z tragedią, przy czym ogólnie film wypada raczej dość ponuro. Tutaj całość po prostu przygnębia. Klęska bez pocieszenia.

Z aktorów największe wrażenie zrobił na mnie Raúl w roli diakona, który po tym co przeżył na wojnie czuje, że stracił powołanie. Przełożony wysyła go do szkoły podstawowej jako nauczyciela. Tam traci głowę dla młodej matki, która zdecydowanie wyróżnia się na tle innych swoimi bardziej zwiewnymi i dopasowanymi strojami. I tu też duża zasługa Maribel, która dobrze sportretowała matkę rozdartą między pozorami, które musi zachowywać na zewnątrz i przekonaniami jakie żywi z mężem. Też nie da się zaprzeczyć, że należy do urodziwych kobiet o ciekawym wyglądzie, więc nikogo nie powinno zdziwić, że można dla niej było głowę (i powołanie) stracić.

LOS girasoles-ciegos-Curas.jpg

Czy warto poświęcić mu te półtorej godziny? Na pewno. Jest szansa zobaczyć powojenne realia hiszpańskie z dość nie zniszczonego miasta. Jak ludzie wtedy żyli, jak się ubierali, ale też jaką postawę zajmował kler czy policja.

Ciekawe jest wykorzystanie poezji w filmie. Coś co nam może łatwo umknąć, ale dużo wnosi do opowiadanej historii. Jest taka prawidłowość, że jeśli czytamy czy oglądamy coś związanego z hiszpańską wojną domową to bardzo często usłyszymy mimochodem wspomniane nazwisko Alberto Machado i jakiś wers zacytowany z jego wierszy (w Ay, Carmela był to wiersz do generała Listera),  . Tutaj pojawia się sonet zaczynający się od słów Huye del triste amor, amor pacato(Uciekaj od smutnej miłości, miłości spokojnej) To Ricardo czyta go synowi, z książki z imienną dedykacją od autora dla swojego przyjaciela.

girasoles ciegos.jpg

Oprócz tego na ścianie chaty leśnej, w której schowają się młodzi uciekinierzy znajdziecie wers z poematu Góngory Polifemo, „Infame turba de nocturnas aves”. Góngora to poeta baroku, przez wiele lat zapomniany, ale przywrócony do łask przez grupę poetów Generación 27 (należał do niej m.in. Federico García Lorca), którzy to opowiedzieli się po stronie republiki. Poemat opowiadał o nieszczęśliwej miłości i uczuciu cyklopa Polifema do nimfy Galatei. Więcej o znaczeniu tej aliteracji przeczytacie (po hiszpańsku) tutaj.

Ostatnim odniesieniem do poezji w filmie, jest prawicowy poeta José María Pemán, którego wymienia policjant w rozmowie z Salvadorem. Nie trzeba być marica (wulgarne określenie na homoseksualistę), żeby być wielkim poetą (odniesienie oczywiście do Lorki, cóż obaj panowie czerpali z tematyki swojej rodzimej Andaluzji).

Tyle o poezji. Czy będę ten film chciała zobaczyć jeszcze raz? Nie jestem pewna, ale chętnie dorwę kiedyś ten tomik opowiadań Alberto Méndeza.

los girasoles ciegos cast.jpg
Reżyser (po środku) wraz z obsadą.
Reklamy

2 thoughts on “Los girasoles ciegos (2008)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s