Her (2013)

Ok, film ładny i wiele z tego co pokazuje można zaobserwować już dzisiaj. Jednak obawiam się, że mnie nie zachwycił ani nie poruszył. Lubię styl indie w filmach, ale tu było tego za dużo. Piękne i estetyczne obrazy, widokówki miasta, plaży czy lasu, w których zabrakło choć odrobiny życiowego gruzu. Nawet jednego śmiecia tam nie zauważyłam. (uwaga, będą spoilery).

Zatem mamy Theodora (Joaquin Phoenix) po ciężkim dla niego rozstaniu i który nie może się zdecydować, od prawie roku, na podpisanie papierów rozwodowych. Na życie zarabia pisząc słodkie i emocjonalne listy, których chyba nikt sam by nie napisał (czemu mam skojarzenia z wierszami z romantyzmu?). W życiu osobistym wcale mu się nie wiedzie: rozpamiętuje te piękne chwile z czasów swojego związku z Catherine (w tej roli chyba najbardziej przekonująca Rooney Mara), spotyka się ze swoją przyjaciółką Amy (Amy Adams) i próbuje tymczasowych związków (czy to przez czat czy jako randka załatwiona przez znajomych) z obcymi kobietami, które kończą się fiaskiem – żadna z pań nie jest idealna, każda ma swoje dziwactwa, które uniemożliwiają Theodorowi bliższą relację z nimi. I w tym wszystkim pojawia się seksowny głos sztucznej inteligencji, który nazywa siebie Samantha (Scarlett Johansson). Jest tym niewieścim ideałem: nie sra, nie pierdzi, nie dostaje okresu i jest pełna zachwytu nad światem. A na dodatek jest tak eteryczna, że bardziej się nie da, bo nie ma ciała. Cały czas się rozwija i zmienia. Potrafi nawet być zazdrosna (ale nie za bardzo, tylko tak aby połechtać ego Theodora). Bo oczywiście jest tak idealną kompanią, że bez trudu nawiązuje emocjonalną nić ze swoim użytkownikiem.

her
from: Fan Club Her Movie Tumblr

Widziałam i czytałam sporo SF o sztucznej inteligencji i jest to chyba pierwsza pozycja gdzie ludzie w ogóle się jej nie boją tylko dają się jej owinąć wokół palca niczym trusie.  I jedna z niewielu pozycji gdzie owa sztuczna inteligencja nie dochodzi do wniosku, że to ludzkość jest pasożytem i trzeba ją zniszczyć tylko sama odchodzi. A, i nikt nie próbuje jej wykorzystać jako broni masowej zagłady.

To co najbardziej wpłynęło chyba na mój odbiór filmu to książka Feed M.T. Andersona, gdzie ludzie nie wkładają sobie przekaźnika do ucha tylko mają je wbudowane w mózg więc są pod ciągłym strumieniem reklam i sitcomów, wysyłanych przez dostawców usługi. Tam ludzie też się tego nie boją tylko sami chętnie po nie sięgają. Jednak w tym idealnym świecie Spike Jonze’a operatorzy sieci nie wykorzystali tego olbrzymiego potencjału komercyjnego w najmniejszym nawet stopniu. Jedyna reklama jaką widzimy i słyszymy, to ta na początku filmu, która informuje bohatera filmu i nas o nowym produkcie jaką jest sztuczna inteligencja. Jakoś bardziej przekonująca wersja to dla mnie ta z książki, gdzie strumień reklam jest praktycznie nie przerwany, a działa na podobnej zasadzie co rekomendacje na yt.

W filmie dość dobrze jest pokazane jak ludzie rezygnują z większości interakcji między ludzkiej i wolą ekrany swoich płaskich telefonów i rozmowę z idealną sztuczną inteligencją od tych nieidealnych innych jednostek z krwi i kości. Z drugiej strony sztuczna inteligencja, ciekawa świata, pełna dziecięcej fascynacji i zawsze wiedząca co odpowiedzieć jest dla nich pociągającą alternatywą. Coraz rzadziej ktoś jadący samotnie komunikacją miejską nie ma w ręku telefonu.  Jadąc tramwajem nie raz widzę jak grupa przyjaciół wsiada rozbawiona i po chwili każde już patrzy w ekran swojego smartfona. Jak popatrzeć przez ramię to dużo z tego to bezmyślne przeglądanie fb. Tylko, że my nie mamy Samanthy.

Im dłużej o nim piszę tym ciekawszy mi się wydaje. Jakieś nowe spojrzenie. Na dodatek wizualnie bardziej indie już się chyba nie da być, więc uczta dla oczu. Zatem: jaki mam z nim problem? Nie chodzi nawet o to, że jest jakąś wyidealizowaną wersją świata, gdzie jak się człowiek kładzie w koszuli, długich spodniach i zakrytych butach na piasku to jego ciuchy pozostają nieskazitelnie czyste i jakby dopiero co z pralni odebrane. A we włosach ciężko by znaleźć choćby jedno ziarno. Największy grzech tego filmu jest taki, że nijak nie umiałam wczuć się w sytuację bohaterów. Ani współczucie, ani trzymanie kciuków, ani jakiekolwiek przejęcie kolejnymi perypetiami. Jest to jeden z tych bardzo nielicznych filmów gdzie nie przeżywam historii tylko patrzę co też reżyser i scenarzysta jeszcze wymyślili. Co chcieli pokazać. W który przewidywalny scenariusz związku poszli.

Na koniec jeszcze ciekawostka: film kręcono w Kalifornii (głównie LA) i w Szanghaju. Ładnie tam.

Reklamy

One thought on “Her (2013)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s